Zabieg w narkozie to zawsze ryzyko

0 1 257

Mimo zachowania staranności zawodowej każdy lekarz weterynarii wie, że „coś może pójść nie tak” – nieprzewidywalna reakcja na sytuację, leki, krwotok czy inne zdarzenie mogą spowodować zgon zwierzęcia. Podobnie po operacji – przez kolejne 72 godziny mogą się zdarzać powikłania lub wstrząs, krwotok czy zakrzepica, upośledzenie pracy serca czy nerek. Ale zabiegi wykonywać trzeba, i u ludzi i u zwierząt zabieg w znieczuleniu ogólnym to ryzyko – teoretycznie określane na 2-5% przypadków operowanych. Jeśli już tak się zdarzy, że nastąpi zgon czworonożnego pacjenta, należy o nim powiadomić właścicieli zwierzęcia i uwierzcie – to najtrudniejsze chwile w tym zawodzie! Człowiek ma prawo reagować rozpaczą, gniewem czy nadmiernym spokojem. Nikt i nic nie zwróci mu ukochanego pupila, ale należy porozmawiać – co się stało, pozwolić na spokojne pożegnanie z ukochaną istotą.

Przed zabiegiem informujemy właściciela zwierzęcia o możliwości powikłań i zagrożeniach, o tym jak powinna przebiegać opieka pooperacyjna w domu; jeśli zdarzy się, że zwierzę umrze, oprócz rozmowy o przyczynach zgonu informujemy, że właściciel ma prawo do wykonania sekcji zwłok i złożenia skargi z uzasadnieniem w Izbie Lekarsko-Weterynaryjnej, jeśli uważa, że lekarz ponosi winę za cierpienia i zgon pacjenta. Bo taka jest u nas procedura, potrzebna obu stronom.

Zdarzyło nam się, że młoda suka – zdrowa i wesoła, podczas podawania pierwszej z dawek narkozy doznała zatrzymania akcji serca a reanimacja nie przyniosła efektu – stres zabił ją natychmiast. Nigdy wcześniej nie jechała samochodem, nie była w lecznicy, leki były ostatnim gwoździem do psiej trumny. Nie wszystkie wady kardiologiczne można wysłuchać stetoskopem, gdyby dawała oznaki problemów kardiologicznych, pewnie trzeba byłoby zacząć od badań specjalistycznych i założyć psu holter (aparat rejestrujący kilka dni pracy serca w wysiłku i spoczynku). Ale była jak tysiące innych psów, wesoła i energiczna, a badanie krwi było wzorowe. Tak nagła śmierć to ogromny cios dla właścicieli i lekarza!

Czasem niedopatrzenie czy zwykłe niedbalstwo opiekunów skutkuje śmiercią zwierzęcia po zabiegu, trudno wtedy przekazać prawdę, zwłaszcza gdy właściciel chcąc poczuć się lepiej zrzuca winę na weterynarzy. Pełno takich sytuacji jest na forach internetowych a i my mamy takie sytuacje… jak na przykład podanie zwierzęciu efferalganu dzień po operacji (tłumaczyliśmy właścicielce wcześniej, żeby nic nie podawała, bo dostał lekarstwa o przedłużonym działaniu) – zanim biedaczysko dojechał do lecznicy, wykrwawił się na śmierć. A niedawno ratowaliśmy suczkę z ropomaciczem zdiagnozowanym… ponad trzy miesiące wcześniej, ropa wylewała się z niej strumykiem wzdłuż nogi; przeżyła operację, ale odeszła dwa dni później, właściciele nie zadbali o to by kontrolować czy pije, a na kroplówkę przyjechali tylko raz „bo nie ma czasu” (za to z awanturą o konowalstwo lekarza przyjechali bez problemu…). Tak wygląda „ciemna strona księżyca” pracy weterynaryjnej. Jednak operacje robić trzeba, ratują zdrowie i życie; są mniejszym ryzykiem niż rozwijająca się choroba czy bolesne kalectwo. Jednak nie dziwcie się, gdy któryś lekarz weterynarii nie robi zabiegów w znieczuleniu ogólnym, nie wszyscy są w stanie podołać jeśli chodzi o umiejętności i radzenie sobie ze stresem chirurga, za to są dobrymi dermatologami, internistami i wybierają pracę w gabinecie a nie na sali operacyjnej.

T. Kutrzuba

Komentarze
Wczytywanie...