Przygody Psa Raptusia. Odcinek 24

0 279

Raptuś wyskoczył z samochodu, szczeknął dwa razy z stronę pana Michała i pobiegł przed siebie.  Pędził na oślep. Prosto do szkoły. Może Ola jeszcze tam jest. Jeszcze tylko kawałek. Jeszcze jedna ulica. Nagle poczuł gwałtowne i mocne uderzenie w kark. Co to? Jaki straszny ból!

– O matko – krzyknął ktoś z przechodniów. Wpadł prosto pod samochód.
– Nie rusza się!
– Wezwijcie weterynarza.

Nagle Raptuś zerwał się i czym prędzej uciekł z ulicy.
– E nic mu się nie stało.
– Przestraszył się tylko.

Raptuś resztkami sił doczołgał się do ustronnego miejsca za szkolnym budynkiem. Słyszał gwar wychodzących ze szkoły dzieci. Chciał zaszczekać, aby przywołać Olę, ale nie miał siły. Całe ciało miał obolałe. Ocknął się dopiero późnym wieczorem. Było zimno i ciemno. Nie wiedział czy spał czy też stracił przytomność. Chciał się poruszyć, ale nie mógł. Wszystko go bolało.
– Nie mogę tu zostać – pomyślał – muszę iść do Oli.

Spod szkoły do bloku Oli było około pół kilometra. Raptuś wiedział, że musi pokonać tę trasę. Obolały, bez sił, zakrwawiony, czołgał się bardzo powoli. Kiedy dotarł pod drzwi ukochanego bloku, świtało już. Położył swoje zmęczone małe ciałko pod drzwiami i czekał na swoją Panią. Wiedział, że rano będzie wychodziła  do szkoły.

W domu Oli wszyscy jeszcze spali. Nagle z wielka siłą i dość przeraźliwie zadzwonił domofon do drzwi. Tak dzwoni tylko ktoś, kto alarmuje o jakimś nieszczęściu. Wszyscy domownicy zerwali się na nogi.

– Słucham- wykrzyczał przerażonym głosem do słuchawki pan Marek
– Panie Marku, tu sąsiad z góry. Wydaje mi się, że pod drzwiami leży pański zagubiony piesek. Jest bardzo brudny i zakrwawiony, ale to chyba on. Jest z nim bardzo źle…. Ale Marek nie słuchał już sąsiada, otworzył drzwi i zbiegł na dół po schodach w piżamach.
– Raptuś wrócił, – krzyknął w pośpiechu.

Ola i Julka wybiegły za nim. Widok pieska był przerażający. Oddychał bardzo ciężko. Marek chciał go podnieść, ale piesek leżał jak odrętwiały.

– Raptuś, Raptuś – Ola głaskała swojego przyjaciela – wiedziałam, że wrócisz. Trafiłeś do domu. Już będzie dobrze.
– Trzeba natychmiast jechać z nim do lekarza. Julka biegnij po koc. Ola ubieraj się jedziemy.
– Agnieszko zadzwoń do mojego szefa powiedz, co się stało. Nie jadę dziś do pracy.
– Jak to Marku? Dlaczego? – zapytała zdziwiona żona.

Marek spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– Widzisz, są sprawy ważniejsze niż praca.

Tata wraz z Olą i Julką jechali na pogotowie weterynaryjne.
– Raptusiu trzymaj się nie umieraj – wołała Julka. Przepraszam cię, że byłam dla ciebie niedobra.
– Raptusiu będzie dobrze, bądź silny.

Lekarze powiadomieni już przez Marka czekali na chorego pieska.
– Nieprzytomny – zawołał jeden z nich –  Co się stało?
– Wrócił do nas po 5 miesiącach.  Nie wiemy, co się stało. – Tłumaczył Marek – ratujcie go, pieniądze nie grają roli.

Po 10 minutach lekarz oznajmił, że Raptusia potrącił samochód. Czeka go kilka poważnych operacji. Lekarze zrobią wszystko, aby uratować mu życie. Ale stan pacjenta jest bardzo ciężki.

Raptuś leżał spokojnie na stole w gabinecie zabiegowym. Nie bardzo orientował się, co się dzieje i gdzie jest. Słyszał jakieś obce głosy. Ktoś do niego podchodził, przystawiał jakieś maszyny i urządzenia. Nad sobą widział jakąś butelkę z białym płynem i przywiązaną rurkę do jego łapki.

– Gdzie ja jestem? – myślał. Starał przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia. Pamiętał tylko pana kierowcę, muzykę w samochodzie, ciepło i …..  szkołę Oli. Tak szkołę Oli, a później….  Pamięta, że do niej biegł…. A gdzie jest Ola? Czyżby do niej nie dobiegł….. znowu jej nie znalazł?….. Raptusiowi zrobiło się smutno. Przecież tak się starał.

Pan weterynarz wyszedł z gabinetu i podszedł do Marka siedzącego w poczekalni.
– Panie Marku – zagadnął – szykujemy pieska do operacji. Pacjent ma rozległe pęknięcia w jamie brzusznej. Stan jest bardzo ciężki. Zrobimy wszystko, co jest w naszej mocy. Za chwilę przyjedzie nasz znakomity chirurg. W tej chwili przygotowujemy pieska do narkozy. Można go zobaczyć. Ale proszę o delikatność i wyrozumiałość. Jest bardzo chory.

– Tak panie doktorze, tak – jąkał się Marek. Był blady, smutny i rozbity. Jak mógł pozwolić na coś tak okropnego. Ten biedny piesek tak nas kochał, że po tylu miesiącach powrócił. Boże wybacz mi to, co zrobiłem z tym kochanym pieskiem.

Marek, Ola i Julka cichutko weszli do gabinetu zabiegowego. Raptuś leżał spokojnie. Miał zamknięte oczy i ciężko oddychał. Ola przytuliła leciutko swoją głowę do małego psiego łepka i szepnęła – Kocham cię mój Raptusiu.

Raptuś otworzył swoje obolałe oczy i spojrzał na swoją panią.

– Śni mi się pewnie – pomyślał, ale kiedy włosy Oli łaskotały jego mordkę zrozumiał, że to nie sen. Odnalazł Olę. Jest w domu. Popatrzył na Julkę i Marka.
– Oni mnie kochają. Są ze mną. Jestem szczęśliwy – patrzył rozradowany.

Julka pogłaskała Raptusia po mordce i ucałowała go w chorą łapkę. Marek nie miał odwagi dotknąć pieska. Popatrzył tylko na niego takim wzrokiem jakby chciał powiedzieć – wiem jestem skończonym draniem. Wybacz mi piesku. Nigdy cię już nie zawiodę.

Spotkanie z pieskiem trwało kilkanaście sekund. Lekarze zabierali go już na salę operacyjną.
– Trzymaj się Raptusiu. Czekamy tu na ciebie. – krzyknęła Julka.

Ola była bardzo spokojna. Praktycznie nic do nikogo nie mówiła. Nie płakała. Była niezwykle zamyślona i poważna. Myślami nieobecna z rodziną.

Operacja trwała już ponad godzinę. Zawiadomiona telefonicznie przez Marka, babcia jechała już do Zielonej Góry. Tylko Agnieszka pracowała spokojnie. Nie zadzwoniła ani razu z zapytaniem jak czuje się Raptuś. Marek miał jej to za złe. Cała trójka siedziała cichutko w poczekalni. Julka od czasu do czasu wycierała łzy z policzków. Marek wzdychał ciężko, a Ola wpatrywała się w drzwi sali operacyjnej. W pewnej chwili zadzwonił telefon Marka

– Tak słucham….. nie, nie wiem – mówił stłumionym głosem do słuchawki –  trwa operacja. Proszę o kilka dni wolnego, nie jestem w stanie pracować………

– Tak, tak, rozumiem – powiedział szef Marka – jesteśmy razem z panem. Ma pan wielkie serce do zwierząt. Cenię takich ludzi. Proszę wziąć tyle wolnego ile pan potrzebuje. Damy sobie radę. Powodzenia. Wszyscy Raptusiowi życzymy powrotu do zdrowia.

Marek poczuł się jeszcze gorzej. Zniszczył pieskowi życie, a wszyscy uważają, że jest taki wspaniały. To najgorsza kara, jaka mogła go spotkać.

Operacja trwała i trwała. To były najdłuższe godziny w życiu całej rodziny. Do poczekalni przychodzili właściciele ze swoimi pupilami i odchodzili, a oni czekali i czekali.
Po chwili wyszedł lekarz, poprosił Marka do gabinetu i długo z nim rozmawiał.  Dziewczynki siedziały jak zahipnotyzowane.
– Co się dzieje? – niecierpliwiła się Julka – dlaczego nic nie mówią?

Marek wyszedł z gabinetu, podszedł do córek i powiedział.

– Operacja skończyła się. Raptuś jest w bardzo ciężkim stanie. Lekarze dają mu 5% szansy na przeżycie. Decydujące będą najbliższe godziny. Musimy być dobrej myśli. Pamiętajcie dziewczynki nasz piesek jest silny i da radę pokonać chorobę – powiedział, ale chyba sam w to nie wierzył.

Julka rozpłakała się na dobre.
– Tatusiu, a ja byłam dla niego taka niedobra, wstydziłam się go – szlochała starsza córka –Teraz wstydzę się sama za siebie.
– Juleczko, Raptuś już dawno o tym zapomniał i zapewniam cię, że mocno cię kocha – wyjaśnił ojciec, tak jakby chciał usprawiedliwić przy tej okazji sam siebie.

Ola zapytała tatę, kiedy można zobaczyć Raptusia.
– Lekarz powiedział, że za chwilę poprosi nas i będziemy mogli przy nim posiedzieć.

Raptusia zawieziono do sali pooperacyjnej. Tam na specjalnym łóżku podłączony był do specjalnych urządzeń. Leżał na boku, z kroplówką podłączoną do łapki. Marek wraz córkami podeszli do chorego.
– Raptusiu, jesteś już po operacji. Teraz będzie już tylko lepiej. Czekają na ciebie twoje łóżeczko i zabawki. Niedługo przyjedzie babcia. Kochamy cię wszyscy – szlochała Julka.
– Lekarz powiedział, że jedna osoba może z nim przebywać – oznajmił tata.
– Ja z nim zostanę – powiedziała Ola
– Tak, oczywiście Oleńko. My z Julką będziemy w poczekalni. Nie zostawimy cię samej.

Komentarze
Wczytywanie...