Przygody Psa Raptusia. Odcinek 22

0 236

Rano, Raptusia obudził głośny harmider na podwórku. To młody pan wyjeżdżał motorem do pracy. Wyjrzał na zewnątrz i zobaczył panią gospodynię jak niesie wiadro jedzenia do chlewika. Kiedy powróciła do domu, on poszedł zobaczyć, co to takiego. Po drugiej stronie korytka małe dwa prosiaczki wcinały ziemniaki z mlekiem. Raptuś stanął z drugiej strony i pomimo niezadowolenia świnek najadł się do syta.

– Dam sobie radę – pomyślał.

Najedzony i wypoczęty wyruszył w dalszą drogę. Był szczęśliwy. Wiedział, że musi dotrzeć do domu, do Oli. Unikał dróg. Bał się samochodów. Nie chciał, aby znów zamknięto go w tej okropnej klatce. Wieczorem znalazł się na wielkim śmietniku. Wyszukał dla siebie pożywienia. Mógł nawet wybierać spośród porzuconych resztek. Znalazł stary połamany fotel i ułożył się do snu. Rano zdziwiony popatrzył wokoło siebie. Wszędzie było biało. To śnieg. Zima. Przypomniał sobie jak cieszył się kiedyś z tego białego puchu, jak zaglądał przez okno i machał ogonkiem ze szczęścia. Teraz nie był zadowolony. Zrobiło mu się zimno i mokro. Poczuł głód. Znalazł coś na ząb i ruszył w dalszą drogę. Mijały dni. Raptuś zmarznięty, zmęczony i chory dotarł do małej zagrody za lasem. Swoim zwyczajem odnalazł kryjówkę ze słomą i po cichutku się do niej wkradł. Nie znalazł jednak nic do jedzenia. Głodny, smutny, zziębnięty nie mógł długo zasnąć. Rano, nawet nie usłyszał jak ktoś wszedł do stodoły. Kiedy otworzył oczy zobaczył starszą panią, która trzymała w ręce miskę jedzenia. To pewnie ten zapach ryżu i mięska obudził Raptusia. Zerwał się na nogi, ale upadł ze zmęczenia.

– Nie boj się piesku. Nic ci nie zrobię. Widzę, że jesteś zmęczony i głodny. Przyniosłam ci jedzenie. Proszę zjedz – i pani podsunęła miseczkę pod nos Raptusia. Piesek bał się ruszyć. Nie chciał jeść.

– Zostawiam cię piesku – powiedziała pani i wyszła. Stanęła za drzwiami i przez dziurę w bramie obserwowała kundelka.

Raptuś wstał, porozglądał się, wsadził nos w miseczkę – ale dobre – pomyślał – trudno co będzie to będzie. Zjadł i wylizał grzecznie miseczkę. Pani uśmiechała się do siebie. A to ci mały cwaniaczek – pomyślała.

– Fajny z ciebie piesek. Może chciałbyś ze mną zostać. Mieszkam sama i przydałby mi się przyjaciel. Widzę, że jesteś bezdomny – mówiła gospodyni patrząc w oczy Raptusia. Nagle jej wzrok padł na chorą łapkę. Krwawiła. – Oj piesku, trzeba tę łapkę opatrzeć. Chodź ze mną do domu. Nie bój się pomogę ci –  Pani chwyciła Raptusia na ręce i zaniosła do domu. Przy piecu położyła mu ciepły koc i Raptuś ułożył się na nim wygodnie. Po raz pierwszy od zaginięcia poczuł się lekko i dobrze. Gospodyni opatrzyła łapkę, zawinęła w białą szmatkę i pozostawiła pieska w domu. Sama udała się do prac gospodarskich  na podwórku.

Raptuś spał smacznie. Było mu cieplutko i przyjemnie. Nawet przez chwilę zapomniał, że musi szukać Oli. Po obiedzie Pani Dorota przyniosła pieskowi małą, starą piłeczkę i rzuciła w stronę okna. Piesek podniósł się radośnie i pobiegł za nią. Przypomniał sobie zabawy z Olą i zrobiło mu się bardzo smutno. Usiadł na kocu i patrzył w stronę drzwi.

– Widzę piesku, że bardzo za kimś tęsknisz. Smutny jesteś. A może ktoś cię mocno skrzywdził? Proszę zostań ze mną, będzie nam dobrze razem – powiedziała i pogłaskała Raptusia po grzbiecie.  Muszę cię jakoś nazwać. Może Maksiu, Reksiu albo Puszek? Podobają ci się te imiona? Ale Raptuś patrzył na swoją nową panią i nie rozumiał, o co jej chodzi. Przecież on już ma imię: Raptuś.

– A może chcesz takie imię, którego nikt nie ma, może Zimek, bo zjawiłeś się tu zimą? Piesek popatrzył w serdeczne oczy gospodyni i położył łepek na jej kolanach, jakby chciał powiedzieć: zgadzam się.
– No widzisz i będziesz Zimek. Ładnie i niespotykanie.

Wieczorem Zimek wraz z panią Dorotą obrządzali całe gospodarstwo. Nakarmili kury, kaczki i dwie świnki w chlewiku. Piesek biegał radośnie za swoją nową panią. Później razem poszli do domu. Zimek dostał smaczną kolację i ułożył się wygodnie na swoim kocyku. Pani dołożyła drewna do pieca. Piesek słyszał trzaskające iskierki ognia. Chwilę się w nie wpatrywał, później smacznie zasnął.

Rano, jak zwykle Zimek wraz z panią Dorotą doglądali swojego gospodarstwa. W nocy napadało tyle śniegu, że gospodyni musiała najpierw zrobić wąskie ścieżki, aby móc dojść do chlewika i kurnika. Piesek skakał radośnie po miękkim puchu.
Wieczorem wraz z panią ubierał choinkę. Zaplątał się nawet w wielki papierowy łańcuch. Pani śmiała się z niego, że sam wygląda jak choinka. Święta z panią Dorotą były cudowne. Wszędzie chodzili razem i wszystko razem robili. Nawet razem oglądali telewizję. Zimek czuł się bardzo swobodnie. Wiedział, że jest bardzo kochany. Gospodyni nigdy na niego nie krzyczała. Nawet jak coś zbroił to tylko się śmiała i mówiła – Oj ty mój mały robaczku.
Łapka zagoiła się całkowicie. Zimek zrobił się nieco okrąglutki. Jadł, spał, bawił się i pracował z panią Dorotą. Wieczorami zaś siadał w kąciku na swoim kocyku i rozmyślał. Tęsknił za Olą, za babcią, za rodziną. Chciałby być razem z nimi. Zdawał sobie sprawę, że pani Dorota też go bardzo kocha, a i on ją pokochał całym sercem. Nie wiedział jak postąpić. Wracać do Oli czy pozostać z Dorotą. Nie tęsknił za swoim wykwintnym legowiskiem, kochał ten swój stary ciepły kocyk. Nie tęsknił za swoimi zabawkami, miał tu fajną piłeczkę, którą razem z Dorotą bawił się wieczorami. Nie tęsknił za piękną skórzaną obrożą, tu miał wełnianą obróżkę, którą zrobiła mu na drutach Dorota. Tęsknił za Olą, ale kochał też Dorotę.

Kiedy w lutym pani zachorowała, Zimek przejął jej obowiązki. W końcu wiedział jak się to robi. Pracował już prawie 3 miesiące. Rano pobiegł otworzyć kurnik. Swoim małym pyszczkiem ciągnął tyle razy skobel, aż puścił zupełnie i drzwi się otworzyły. Podbiegł do worka z ziarnem, wskoczył na niego i łapkami wysypał trochę ziarna na podłogę. Kury i kaczki były nieco zdziwione, że muszą jeść w spiżarni a nie w kurniku, ale dały sobie radę. Świnkom przyciągnął trochę posiekanych buraków, które uszykowane były w komórce. Przyciągnął je do chlewika na małej płachcie, a później brał każdy kawałek do pyszczka i wrzucał do korytka. Świnki trochę długo czekały na te smakołyki, ale musiały się z takim karmieniem pogodzić. Dobrze, że Dorota naznosiła kilka dni temu, dużo drewna do pieca, bo z tym miałby nasz Zimek wiele kłopotu. Kiedy piesek wrócił do domu, stanął przed łóżkiem pani i zaszczekał radośnie. Chciał chyba powiedzieć:  wszystko zrobione.

– Widzę piesku, że chyba obrządziłeś nasze gospodarstwo. Co ja bym bez ciebie zrobiła. Ale jak ty sobie poradzisz ze swoim śniadaniem? – zmartwiła się Dorota.
Ale Zimek wsunął się pod kołderkę Doroty, przytulił się do niej i zasnął. Po południu pani poczuła się już lepiej. Mogła wstać z łóżka i uszykować dla siebie i Zimka skromny, smaczny obiadek.
Piesek wiedział, że nie może swojej pani zostawić samej, ona nie da sobie rady. Ma swój wiek i coraz trudniej jej pracować na gospodarstwie. Dorota kochała pieska z całych sił. Wiedziała jednak, że Zimek tęskni za kimś, że najchętniej już dziś pobiegłby do tego kogoś. Z miłości do niego postanowiła mu pomóc. Wieczorami dziergała na drutach jakaś dziwną kamizelkę. Zimek nie raz patrzył na nią zdumiony, co to takiego jego pani robi. Ale Dorota nie zdradzała swojej tajemnicy.

Pewnego wieczoru, kiedy piesek siedział taki rozmarzony i zamyślony, Dorota podeszła do niego, wzięła go na kolana i powiedziała:

– Wiem piesku, że mnie bardzo kochasz. Ja ciebie też kocham z całych sił i dlatego nie mogę patrzeć jak się bijesz z myślami, jak zastanawiasz się, co zrobić. Uwolnię cię od tego i wyprawie cię w drogę. Idź tam gdzie ciągnie cię przeznaczenie. Idź tam gdzie będziesz szczęśliwy. Zobacz zrobiłam ci na drutach taki leciutki płaszczyk z kieszonkami. Włożę ci do nich nieco jedzenia tak na czarną godzinę, gdybyś nic po drodze znaleźć nie mógł. Idź piesku tam gdzie iść chcesz. Nie patrz na mnie na starą kobietę. Może kiedyś jak znajdziesz swój dom to mnie odwiedzisz.

Pani Dorota zaszyła w wełnianej obroży małą karteczkę, którą zawinęła w woreczek foliowy aby się nie pomoczyła. Na karteczce napisała.

Ten kto znajdzie tego pieska, niech mu pomoże. To kochany i dobry piesek. Ja nazwałam go Zimek, ale to nie jest jego właściwe imię. Przeżył ze mną ponad 3 miesiące. Wędruje do swojego opiekuna, gdziekolwiek on jest. Gdyby jednak zbłądził i był w potrzebie u mnie zawsze znajdzie kochający dom. I tu Dorota podała swój adres.

Przez kilka dni przygotowywała i siebie i pieska na rozstanie. Kiedy nadszedł ten dzień, założyła mu na grzbiet płaszczyk, gdzie w kieszonkach miał zaszyte małe kawałeczki mięsa
– Pamiętaj piesku, te zapasy trzymaj na czarną godzinę. Musisz mieć siły, aby iść dalej. Nie wiem gdzie i po co idziesz, ale wiem, że cię ciągnie i iść musisz. Idź kochanie. Idź.

Raptus zrozumiał. Wiedział, że Dorota robi to dla niego, że chce mu pomóc, a on, że musi iść. Musi.

– Idź piesku, idź.

Raptuś przeszedł kilka kroków, zatrzymał się, popatrzył na swoją kochaną Dorotę. Ile smutku i miłości było w tych oczach wiedzą tylko on, pies i ona, jego nowa pani.
Piesek szedł wolno, rozmyślał, czy dobrze robi. W pewnej chwili przypomniał sobie swoją kochana Olę. Pomyślał jak martwi się o niego i ruszył szybko przed siebie.
Śnieg na polach już topniał, słońce zapowiadało wiosnę.

Komentarze
Wczytywanie...