Przygody Psa Raptusia. Odcinek 21

0 141

Raptuś nie spał znów całą noc. Swoimi czarnymi oczkami patrzył smętnie przed siebie. Przebywał w boksie razem z dwoma innymi pieskami. Rano dostał śniadanie, którego nawet nie ruszył. Koledzy z chęcią podzielili się jego porcją. Kiedy pani Ewa przyszła wyprowadzić na spacer jednego z jego towarzyszy i nie domknęła drzwiczek, Raptuś próbował się wydostać na zewnątrz. Czyżby próbował uciec? W porę zauważył to inny pracownik i zamknął bramkę przed nosem Raptusia.

– Hej, ty mały uciekinierze,  dokąd to się wybierasz? – zawołał pan Janek.

O godz. 9.00 przyjechał psi psycholog. Powstało zamieszanie, który piesek ma iść pierwszy na terapię. Przyprowadzono Raptusia i Puszka. Raptuś wcale nie kwapił się do tej terapii. Położył się na podłodze i leżał spokojnie. Puszek był bardziej niecierpliwy, dlatego też poszedł na pierwszy ogień. Wszyscy zapomnieli o Raptusiu i gdy tylko nadarzyła się okazja piesek wybiegł przez niedomknięte drzwi gabinetu. Schował się za małą szopką przy samej bramie i jak tylko brama otworzyła się,  ile tylko sił miał w swoich małych łapkach pędził przed siebie.

– Pies uciekł, pies nam uciekł – krzyczał pan Janek
– Jak to?  Który? Skąd?
– Ten nowy, biały Łatek, gońcie go daleko nie ucieknie ma chorą łapkę.

Pogoń za pieskiem nie udała się. Raptuś szybko zniknął w zakamarkach małych i wąskich uliczek. Był wolny, Nareszcie wolny. Teraz może iść już do swojej kochanej pani. Już czuł jej zapach. Już czuł jej uścisk i moc pocałunków. Już nie ma krat. Jest wolny. Nikt go już nie zamknie. Nie pozwoli na to. Znajdzie drogę do domu. Tam przecież wszyscy się martwią, czekają na niego. Nie może ich zawieźć.

– Jestem mądrym psem – mówił sam do siebie – Olu biegnę do ciebie – powtarzał.
Zatrzymał się na chwilę. Sprawdził, czy nikt go już nie goni. Tylko, w którą stronę iść?
Szedł przed siebie. Nareszcie łąki i lasy i pola. Łapki już tak nie bolą. Piesek szedł po miękkiej glebie. – Odpocznę sobie – pomyślał i położył się w zacisznym miejscu na liściach w lesie.

Marek nie chciał zabrać chorej córki do Poznania, ale dziewczynka tak prosiła, że nie miał odwagi jej odmówić. Przez całą drogę Ola szczebiotała babci o Raptusiu. Nie mogła się doczekać, kiedy go wreszcie zobaczy.

W schronisku panowało niezwykłe poruszenie. Wszyscy już teraz wiedzieli, że zaginiony piesek to Raptuś, po którego mieli przyjechać jego właściciele. Pracownicy spychali winę jeden na drugiego. Dyrektor schroniska był zły, a właściwie wściekły na zaistniałą sytuację. Kiedy zobaczył rozradowanych ludzi, domyślił się, że to właściciele zaginionego po raz drugi pieska.

– Nie mam dla państwa dobrych wieści. Godzinę temu wasz piesek uciekł ze schroniska.
– Jak to uciekł? Co pan mówi? Uciekł ze schroniska? Jak mogliście do tego dopuścić?  –Marek krzyczał i chodził w kółko, niedowierzając w to co się stało.
– Przepraszam państwa. Jest nam niezmiernie przykro. Robimy co możemy Specjalne służby szukają państwa pieska. Proszę być dobrej myśli damy państwu znać.
– Jak dobrej myśli? Jak szukacie? To jakaś paranoja! – krzyczał – Jak może piesek uciec ze schroniska?

Babcia przytuliła Olę. Dziewczynka  stała  nieruchomo. Nic nie mówiła. Nawet nie płakała. Wiedziała, że Raptuś uciekł do niej. Nie wiedział przecież, że ona dziś po niego przyjedzie, że go znalazła. On idzie do domu. Wie to i czuje. Ale czy trafi? Czy mu się nic nie stanie po drodze? Przecież to ponad 200 km.

Marek był dość długo w gabinecie dyrektora. Wypełniał jakieś papiery. Dzwonił wyjaśniał. Był bardzo zdenerwowany. Nie panował nad emocjami. Babcia zadzwoniła do Agnieszki i poinformowała ją o całej sytuacji. Ale kiedy na koniec rozmowy usłyszała od córki, że Raptuś jest za głupi żeby trafić do domu, poczuła taki ból i rozpacz niczym Ola. Czyżby Agnieszka miała coś wspólnego ze zniknięciem pieska?

– Wiesz Agniesiu, jakoś dziwnie mówisz. Czyżby nie zależało ci na odnalezieniu Raptusia?
– Mamo, jak możesz tak myśleć. Martwię się razem z wami tylko znam realia. To mały zwykły kundel. Jak on trafi do domu?  Pomyśl.
– Może masz rację! Ale ja wierzę, że się odnajdzie.

Tymczasem Raptuś wyspał się w liściach. Obudził się. Chętnie coś by zjadł, ale nie było nic do jedzenia. Wsadził nos w ziemię i jak prawdziwy myśliwy i tropiciel śladów ruszył przed siebie. Dobrze, że deszcz nie padał. Szedł całe popołudnie. Przed wieczorem doszedł do jakiejś wsi. Usłyszał szczekanie psów. Zobaczył niedomknięte drzwi jakiejś komórki, cichutko zakradł się do niej i nagle usłyszał krzyk kur, które uciekały w popłochu. Raptuś przestraszył się chyba więcej niż one. Uciekając zauważył w korytku namoczony chleb, chwycił kawałek. Jaki dobry! – pomyślał. Przed domem pokazał się gospodarz. Uciszył kury, zagonił je z powrotem do kurnika. Zamknął bramkę i poszedł do domu. Raptuś odczekał chwilę. Podszedł do korytka. Zjadł jeszcze dwie pajdy chleba i uciekł z podwórka. Po sąsiedzku zauważył niedomkniętą stodołę. Powolutku, ostrożnie wsunął swój nosek.

– O tu będzie mi ciepło – pomyślał – tu spędzę noc, a rano pomyślę gdzie dalej iść.
Ułożył się w kłębek. Popatrzył na swoją chorą łapkę. Bandaż był cały czarny, sznurki ciągnęły się, były podarte i postrzępione. Raptuś swoimi małymi ząbkami poobgryzał resztki bandaża, wylizał łapkę i powiedział sam do siebie: – Jestem wolny. Idę od domu. Nie martwcie się o mnie. Wracam.

Po przyjeździe do domu Ola nie rozmawiała z nikim. Zamknęła się w swoim pokoju i poszła spać. Rodzice rozmawiali jeszcze długo wieczorem. Mówili cicho, czasami tylko tata podnosił głos. Babcia płakała w pokoju. Obawiała się, że jej córka mogła mieć coś wspólnego z tą sprawą. Julka bardziej przejmowała się Wiktorem niż Raptusiem.

Komentarze
Wczytywanie...