Przygody Psa Raptusia. Odcinek 19

0 286

Marek spojrzał na zegarek. Minęła już 18-sta godzina od zaginięcia Raptusia. Marek wolał myśleć, że zaginął niż rozpamiętywać to co  wydarzyło się wczoraj w parku. Siedział przy łóżku chorej córki i patrzył na jej cierpienie. Po raz pierwszy nie pojechał do pracy. Dziś dla niego ważniejsza była chora Ola niż konferencja prasowa, na którą był umówiony z dziennikarzami.

Ola leżała w łóżku i powtarzała w kółko: Raptusiu kochany gdzie jesteś?
Markowi wydawało się, że gorączka u córki wzrastała i jeszcze przed przyjazdem teściowej zadzwonił na pogotowie. Lekarz zabrał dziewczynkę na oddział szpitalny. Silne przeżycie wywołało ostrą infekcję. Wkrótce przy łóżku Oli byli wszyscy najbliżsi, mama, tata, Julka i babcia. Ale Ola błądziła oczami, szukała kogoś zupełnie innego.
Marek przeżywał ten stan córki chyba najmocniej ze wszystkich. Wymknął się cicho ze szpitala i pojechał do parku.

-Raptuś, Raptuś, pieseczku, gdzie jesteś? – wołał

Ale Raptusia nigdzie nie było. Pomyślał, że może piesek przyszedł do domu. Znał przecież drogę z parku do domu. Ale i tu go nie było.
– Boże, co my zrobiliśmy? – zastanawiał się ojciec.

Przez cały czas przy łóżku Oli czuwała na zmianę babcia i mama. Wieczorem pielęgniarka  podłączyła Oli kroplówkę, dała zastrzyk uspokajający i dziewczynka zasnęła.

Raptuś tymczasem już o godz. 10 rano znalazł się w schronisku dla zwierząt. Wykąpany i osuszony, w ciepłym lekarskim gabinecie leżał z zawiniętą łapką. Chciał nią poruszyć, ale zabolała go tak mocno, że aż zapiszczał.

– No piesku, uważaj! Nie możesz wykonywać takich ruchów. Musiałem ci naprawić twoją łapkę. Wyczyściłem ranę zaszyłem, a teraz musi się zagoić. – powiedział pan weterynarz. – A kto cię tak urządził? – zapytał na koniec. Nie usłyszał jednak odpowiedzi.
Raptuś słuchał miłego i ciepłego głosu lekarza. Wydawało się, że wszystko zrozumiał. Leżał już spokojnie, łapkę trzymał wysoko w górze jakby chciał powiedzieć: zobaczcie, jaką mam chorą łapeczkę i jak boli.

Po chwili do gabinetu weszła młoda wolontariuszka Zosia.

– No Łapka, zabieram cię na oddział chorych – zaśmiała się.
– Nazwałaś go Łapka? – zdumiał się weterynarz. To jest piesek nie sunia.
– Tak? No to będzie Łapek. Niech pan zobaczy jak trzyma łapkę w górze. Widać to piesek z dobrego domu, grzeczny i wychowany. Co mu się stało? – zapytała
– Myślę, że go porzucili. A na dodatek został uderzony jakimś twardym ostrym przedmiotem, pewnie kamieniem. Biedny piesek.

Zosia owinęła Łapka w kocyk i zaniosła do pokoju, gdzie leżały już inne, dwa chore pieski.

– Łapek, przedstawiam ci twoich kolegów. To jest Borysek i Lucek. Będziesz tu kilka dni, aż nieco zagoi ci się łapka. Później dostaniesz swoją budę na wybiegu.

Zosia położyła pieska w  izolatce, pogłaskała, zamknęła drzwiczki i popatrzyła na niego z czułością – Zobaczysz piesku, jeszcze spotkasz kochanych, uczciwych ludzi, którzy cię przygarną i adoptują. Jesteś cudowny.

Zosia, młoda, 15-letnia wolontariuszka przychodziła do schroniska 3 razy w tygodniu na 2 godziny. Pracowała przy chorych pieskach. Zawsze marzyła o weterynarii. Wiedziała, że to  chciałaby robić w przyszłości. Lekarz bardzo chwalił zaangażowanie młodej dziewczyny i jej podejście do chorych piesków. Przyszła pani weterynarz wiedziała, że te chore i cierpiące pieski mają tylko ją i Kamilę, koleżankę wolontariuszkę, z którą pracowała na zmianę. Dziewczynki, każdemu nowemu pieskowi, zakładały kartotekę na stronie internetowej schroniska. O znalezionym dzisiaj piesku  napisały tak:

PIESEK ŁATEK. LAT OK.3.

ZNALEZIONY W PARKU XXLECIA DNIA 6 LISTOPADA 2012 ROKU.

KUNDELEK. ŚLICZNY. BIAŁY Z CZARNĄ ŁATKĄ.

SMUTNY. TĘSKNI ZA BLISKIMI.

W smutnych oczach pieska, Zosia wyczytała jego dramat. Gdyby piesek umiał pisać dopisałby do tego ogłoszenia jeszcze takie słowa:

Miałem dom. Miałem rodzinę. Byłem kochany. Pewnego dnia nie wróciłem już do swojego domu. Moi państwo wyszli ze mną na spacer do parku. Spuścili mnie ze smyczy i kazali zostać. Odchodzili pospiesznie. Byłem trochę zdziwiony, że mnie nie wołają. Biegłem za nimi, ale oni rzucali we mnie patykami. Myślałem, że to zabawa. Chwyciłem patyk i biegłem dalej. Ale to nie była zabawa. Zrozumiałem, kiedy zobaczyłem jak mój kochany pan rzucił we mnie kamieniem. Nie mogłem już biec, poczułem ostry ból w łapce.

W parku przeleżałem całą noc. Było zimno. W końcu to listopad. Rano znaleźli mnie jacyś ludzie. Zawieźli  do schroniska. Przed oczami ciągle miałem widok odchodzących szybko, kochanych ludzi. Zdałem sobie sprawę, że dla moich państwa, stałem się już niepotrzebny. Nie wiedziałem tylko dlaczego?

Dziś mam ciepłą budę, pełną miskę, dwóch czworonożnych przyjaciół, dobrą opiekunkę, która czasami pogłaszcze mnie po karku, kraty, które widzę nawet we śnie i jedno, jedyne marzenie: pokochaj mnie proszę. Nie sprawię ci żadnego kłopotu, nie będę nawet dużo jadł, a jak zachoruję, nawet ci o tym nie powiem, aby cię nie martwić. Będę twoim pomocnikiem i najlepszym przyjacielem, tylko mnie zabierz stąd.

Przytul mnie tylko i pokochaj, proszę…

Zosia zawsze płacze, kiedy opisuje historie piesków. Czasami trafia w rzeczywistą historię życia, czasami historia jest zupełnie inna, ale zawsze wzruszająca i wiarygodna.

Przed wyjściem ze schroniska wolontariuszka zajrzała jeszcze do swoich chorych pacjentów.

– No widzę Borysku, że jutro  wyjdziesz z tego szpitala – zaśmiała się dziewczyna. Jesteś chyba zdrów skoro tak tu rozrabiasz. Postawiła przed nim miseczkę z jedzeniem, a Borysek wesoło pomachał ogonkiem.
– Ty Lucku, mój mały, dzisiaj dostaniesz już tylko jedną tabletkę. Widzę poprawę. Szybko mi tu zdrowiej! – Lucek polizał  rękę Zosi, jakby chciał jej powiedzieć dziękuję,
– A ty mój maluszku? Co tam? Jak się czujesz? – Ale Łapek spał cichutko w kąciku, tak jak  położyła go Zosia. Miał smutny, mętny wzrok. W miseczce była nietknięta sucha karma. W drugiej nienadpita miseczka wody. – Piesku musisz jeść i pić. Musisz być silny. Nie poddawaj się.

Raptuś całą noc nie spał. Myślał o swojej ukochanej Oli. Marzył o swoim łóżeczku, miseczce. Tęsknił za babcią, Julką, panią i panem. Martwił się o nich. Pewnie im się coś stało. Dlaczego po mnie nie przychodzą? Gdyby nie ta chora łapka, już z parku znalazłby drogę do domu. Zabrakło mu jednak siły.

Ola po dwóch dniach wysokiej gorączki dochodziła do zdrowia. Dziś odłączono jej kroplówkę. Po raz pierwszy zjadła śniadanie.  Nikt nie wspominał Raptusia. Ola też nikogo nie pytała. Wystarczyła smutna mina babci. Wiedziała, że gdyby się znalazł to babcia od razu powiedziałaby jej o tym. Lekarz oznajmił, że Ola może wrócić jutro do domu. Marek bardzo się tego bał. Już wcześnie zabrał z domu wszystkie przedmioty należące do Raptusia i wyniósł do piwnicy. Tym razem nie posłuchał Agnieszki, która chciała, aby je wyrzucił na śmietnik. Gdzieś tam w skrytości serca wierzył, że Raptuś się odnajdzie.

Raptuś, a właściwie Łapek, jak tu się o nim mówiło, dwa ostatnie dni podobnie jak Ola spędził w szpitalnej izbie w schronisku. Jego opiekunowie martwili się o niego. Nie chciał jeść ani pić. Leżał tak bez ruchu wpatrzony w białe ściany pokoju. Nie reagował na zaczepki. Pozwalał się głaskać, a może było mu wszystko jedno, co z nim robią. Kiedy weterynarz zmieniał mu opatrunek, podawał grzecznie łapkę. Nie patrzył na nikogo.

-Ten piesek potrzebuje pomocy psychologa. Fizycznie  jest zdrowy. Nic oprócz tej łapki mu nie dolega. Ja już nie umiem mu pomóc. Ktoś  bardzo mocno go skrzywdził.

O godz. 14,15 Julka wyszła ze szkoły. Ucieszyła się niezmiernie, bo przed szkołą zobaczyła ukochanego Wiktora. Machał ręką, wiec mu odmachała, ale on minął ją pospiesznie, pewnie nawet nie zauważając i podszedł do Zosi.  Julka odwróciła się z niedowierzaniem.

Wiktor do tej Zośki ? – Julka jej nie lubiła. Dziewczyna pojawiła się w ich klasie dopiero w tym roku we wrześniu. Tzw. nowa uczennica. Julka nie utrzymywała z nią kontaktu. Nie raz śmiały się z Kaśką z jej ubioru i tego dziecinnego uczesania w koński ogon. A teraz Wiktor z nią? Nieprawdopodobnie śmieszna sytuacja?!

– Cześć Zosiu – Julka usłyszała słowa Wiktora
– Cześć – odezwała się Zośka
– I co namyśliłaś się? Pójdziesz? – zapytał chłopak
– Czy do ciebie nie dociera, że ja nigdzie z tobą nie chcę iść. Zresztą mam inne zajęcia niż kino – odparła grzecznie

Julka słyszała rozmowę i zdębiała. Taka sobie niepozorna Zośka daje kosza Wiktorowi? To niemożliwe!

– Zosiu, proszę cię – błagał Wiktor
– Nie potrafisz zrozumieć! Nie! Nie jesteś w moim typie. Mamy inne priorytety.

Inne priorytety, co ta Zośka gada – zastanawiała się Julka.

– A mogę wiedzieć przynajmniej, co dziś  takiego robisz? – zapytał
– Żadna tajemnica. Pomagam w schronisku.

Julka nie mogła zrozumieć jak taka Zośka, mogła odrzucić względy Wiktora. Nie jedna dziewczyna chciałaby być na jej miejscu. Ona go spławiała a on ją jeszcze prosi. To niesamowite. Muszę powiedzieć o tym Kaśce.

Zosia prosto ze szkoły biegła na autobus. Spieszyła się do schroniska. Wiktor z kolegami postanowili jechać razem z nią. Wysiedli na tym samym przystanku i towarzyszyli jej w drodze do schroniska.

– Nie możecie iść ze mną – powiedziała
– Proszę pozwól nam. Ja jeszcze nigdy nie byłem w takim miejscu. Ja też kocham psy.  – prosił Wiktor
– No dobra, ale tylko na chwilkę

Pięcioosobowa grupa chłopców weszła razem z Zosią do budynku.
– Poczekajcie tu. Ja się tylko przebiorę.
Ale chłopcy nie posłuchali. Otworzyli drzwi i weszli do pokoju chorych piesków.

– E patrzcie, izolatka
– He he he
– Chorzy pacjenci ha ha – śmiali się na cały głos
– Same kundle
– A patrz, tamten w kącie podobny do psa Julki ha ha ha ha
– Wiecie jak nazywał się ten Julki pies? Ha ha
– Jakoś faltuś czy kaptuś, a nie, nie  Raptuś, tak Raptuś ha ha
– Raptuś, ja cię nie mogę hahahaha buhahahah

Raptuś usłyszał swoje imię. Podniósł się i pokuśtykał radośnie do kraty.
– Znają mnie – pomyślał, przyszli po mnie – cieszył się piesek i pomachał wesoło ogonkiem.

Chłopcy jednak nie zwrócili na niego uwagi i szli dalej korytarzem.
Raptuś widząc, że odchodzą,  zaszczekał raz, później drugi raz
– Cicho kundlu – zawołał Wiktor

Zosia stanęła w drzwiach.
– Widzisz Wiktor, może ty i kochasz psy ale tylko te rasowe i wypielęgnowane. I tym się różnimy, bo ja kocham te chore, nieszczęśliwe i porzucone. Idźcie już stąd to nie jest wasz świat.

Komentarze
Wczytywanie...