Przygody Psa Raptusia. Odcinek 18

0 197

W niedzielę po śniadaniu, Ola wybierała się z Raptusiem na spacer. Agnieszka zatrzymała ją i powiedziała:

– A co  powiedziałabyś Olu, gdybyśmy wszyscy poszli na spacer?
– Byłoby super – zawołała uszczęśliwiona Ola.
– Może idźcie same, ja pooglądam telewizję. Nie chce mi się – odparł tata.
– Ależ, kochanie, chodź z nami. Raptuś sobie pobiega. Pójdziemy do parku – Agnieszka popatrzyła na Marka i dała mu znak mówiący: chodź to taki plan.
– No dobra, mus, to mus – zaśmiał się tata.
– Wiesz Olu dawno nie byliśmy razem z Raptusiem na spacerze. Czas to zmienić. Ja już nie mam tyle obowiązków, więc mogę też wychodzić z pieskiem na spacer.
– Dziękuję mamusiu. Raptuś będzie szczęśliwy.

Agnieszka, takie  intrygi miała chyba już we krwi. Pomagały jej spełniać marzenia i dążyć do celu. Kiedyś pewnie wstydziłaby się ich, ale dzisiaj nie widziała w nich nic zdrożnego. Robiła to przecież z miłości do rodziny. Skoro nie było innego sposobu?

Dzięki pomocy rodziców, a szczególnie mamy, Ola miała więcej czasu dla siebie. Mogła zostać dłużej u koleżanki, bo wiedziała, że mama da pieskowi jeść i wyprowadzi na spacer. Była jej za to bardzo wdzięczna.

Na wymarzone wakacje pojechali we czwórkę. Babcia została z Raptusiem. Ktoś musiał się nim zaopiekować. Babcia nie chciała jechać – tak przynajmniej mówiła, – ale pewnie nie chciała robić Oli kłopotu z Raptusiem – myślała Agnieszka.

– Ten pies ostatni raz psuje nam wakacje. Gdyby pojechała z nami mama,  moglibyśmy wychodzić wieczorami, a babcia zajęłaby się wnuczkami, a tak musimy spędzać czas razem z dziewczynkami – myślała nowo upieczona pani dyrektor.
– Mam plan – powiedziała pewnego październikowego dnia do męża – zaufaj mi. Ten pies nie będzie już nam przeszkadzał, a Ola niczego się nie domyśli. Zwykły przypadek losu. Pogodzi się a tym. Musimy tylko wybrać odpowiedni moment – tłumaczyła mężowi – a zrobimy tak………Co myślisz?
– Myślę, że to idealny pomysł. I nikt o tym nie może się dowiedzieć, tylko ty i ja – opowiedział Marek
– Tak, tylko ty i ja.

Agnieszka późno wróciła z pracy. Jako nowo upieczony dyrektor miała pełne ręce roboty. Szybko zrobiła obiad i wszyscy wspólnie zasiedli do stołu. Raptuś cichutko spał w fotelu. W domu panowała jakaś głucha cisza. Julka od kilku dni nie odzywała się do nikogo. Ola wiedziała, że Wiktor nie zwracał już uwagi na siostrę. Marek ciągle był w rozjazdach. Dziś po wielu tygodniach udało się rodzinie zjeść wspólny obiad. Nikt jednak nie miał ochoty na rozmowy. Może dlatego, że za oknem był deszczowy i bardzo wietrzny listopadowy dzień.

Agnieszka uznała, że to jest najlepszy dzień na zrealizowanie swojego planu względem Raptusia. Pójdą z Markiem do parku. Dziś, przy takiej pogodzie nie będzie ludzi. Nie będzie żadnych świadków.

– Olu, dziś jest tak zimno, a ty jesteś trochę przeziębiona, wiec my z tatą wyjdziemy z pieskiem na chwilę.
– Dziękuje mamuś, jesteś kochana. I Ola objęła mamę za szyję.

Agnieszka powiedziała coś cicho do Marka, ubrała płaszcz i wyszła z Raptusiem. Za nią niepewnym krokiem i jakby z musu podreptał Marek. Małżeństwo szło w milczeniu w stronę parku. Raptuś nie miał ochoty na dłuższy spacer. Nie lubił deszczu i ciągnął smycz w kierunku domu. Zapierał się swoimi małymi łapkami jakby przeczuwał, że za chwilę wydarzy się coś niedobrego. Agnieszka była nieustępliwa i zdecydowana.

– No chodź szybko, nie będę przez ciebie marzła – krzyczała na przestraszonego pieska.

Marek szedł w milczeniu. Zastanawiał się, co powie Oli. Wiedział jak córka kocha tego pieska. Może zawrócić? Przecież on taki malutki. Nie da sobie rady. Ale co powie Agnieszce, że się wycofuje? Czyż nie wyjdzie wówczas, że jest mięczakiem. Ona wie, co robi. Tak jak zrobi będzie dobrze- mówił sam do siebie. Szedł zamyślony i mokry od tego nieustająco padającego deszczu. Raptuś też był cały przemoknięty.

Nagle Agnieszka zatrzymała się, odpięła smycz i zdjęła Raptusiowi obrożę.

– Zostaw mu Agniesiu, obrożę, po co nam ona – odezwał się Marek
– Jak to zostaw! Przecież po tej obroży mogą nas odnaleźć, a nie o to chyba nam chodzi. Prawda Marku? Zresztą tu w breloczku Ola zapisała nasz adres i swój telefon na wypadek gdyby kiedyś się zgubił – tłumaczyła surowo Agnieszka.
– Racja, racja – przytakiwał Marek – ty o wszystkim myślisz.
– No idź sobie pobiegaj – krzyczała Pani dyrektor na biednego, zdezorientowanego pieska.

Raptusiowi nie chciało się biegać. Był zziębnięty, zmarznięty, mokry i wystraszony. Kiedy indziej to na pewno z chęcią by sobie pobiegał, ale nie dziś. Wiedział, że coś jest nie tak. Dlaczego go spuścili ze smyczy. Nigdy tego nie robili w taką pogodę. Piesek nie odstępował swoich państwa na krok. Wyciągał łapki i prosił, aby już wracali do domu.

– Trudno skoro nie chcesz biegać to sobie tu siedź. Idziemy Marku- odezwała się Agnieszka. Chwyciła męża pod ramię i razem ruszyli w stronę domu. Raptuś podążał grzecznie za nimi, ale jego „ukochana Pani” odwracała się ciągle i krzyczała: Idź stąd!!
– Jak to idź stąd? – myślał piesek. Przecież idę grzecznie do domu.

Deszcz padał coraz mocniej. W parku nie było żywej duszy. Tylko Raptuś, jego Pani i Pan. Agnieszka była wściekła na pieska, że ciągle drepcze za nimi. Odchodzili pospiesznie. Raptuś był trochę zdziwiony, że go nie wołają. Biegł za nimi, ale oni rzucali w niego patykami.

– Zostań mówię, ty głupi kundlu nie rozumiesz, co do ciebie mówię! – wrzeszczała Agnieszka. Podniosła z ziemi kamień i rzuciła prosto w Raptusia.

Piesek już nie biegł. Poczuł ostry ból w łapce. Próbował wstać, ale nie mógł. Zaczął cichutko szczekać i skomlić jakby chciał powiedzieć: poczekajcie, kochani poczekajcie, coś mi się stało w łapkę, ale zaraz was dogonię. Nie martwcie się już idę….
Ale nie mógł iść. Ból był tak silny, że piesek położył się na mokrej ziemi i patrzył zdumiony na odchodzących kochanych ludzi.

– Agnieszko, może zbyt mocno dostał tym kamieniem? – zmartwił się Marek
– Nic mu nie będzie, to przecież pies. Wyliże sobie ranę i zagoi się. Gdybym nie rzuciła kamieniem szedłby za nami aż do domu. A tak mamy go z głowy. Nareszcie! Chodź szybko, bo przemokłam do ostatniej nitki.

Agnieszka dopiero teraz zobaczyła, że cały czas niosła w ręce obrożę Raptusia. Odkręciła breloczek, wyjęła zapisaną kartkę i podarła ją. Podeszła do śmietnika i wyrzuciła obrożę pieska. To była piękna i bardzo droga obroża, którą Marek kupił Raptusiowi na jego urodziny.

Kiedy rodzice wrócili ze spaceru, zaniepokojone córki wyszły aż do przedpokoju.

– Co tak długo was nie było?- zapytała Julka – martwiliśmy się.
– A gdzie Raptuś?- zawołała przestraszona Ola
– No właśnie Olu…. – zaczął niepewnie tata… Raptuś zaginał, szukaliśmy go z mamą ale nie mogliśmy znaleźć.
– Jak to? Jak to zaginął?  – płakała Ola – mamo jak to zaginął, przecież był na smyczy.

I tu mama opowiedziała całą swoją historię, jak to Raptuś zobaczył jakiegoś pieska, jak wyrwał się z ręki mamy i razem ze smyczą pobiegł za tym psem. Padał deszcz, wiał wiatr, więc szybko stracili go z oczu, ale chodzili, szukali, wołali, ale nic z tego.
– Nie martw się Olu, znajdzie się. Ktoś go zaraz przyprowadzi. Ma przecież adres zapisany i schowany w obroży.

Ola płakała i szlochała tak mocno, że Markowi serce kroiło się z bólu. Nawet Julka przytuliła mocno siostrę i powiedziała.
– Znajdzie się. Dobrze, że podałaś tam numer  telefonu. Zobaczysz zaraz ktoś zadzwoni.

To był długi wieczór. To była długa noc. Marek nie mógł spać. Słyszał jak z pokoju Oli dobiegał szloch i płacz. Julka też nie spała, chodziła po pokoju. O godz. 2.00 w nocy zadzwonił telefon Agnieszki. Dzwonek postawił wszystkich na nogi. To dzwoniła babcia z zapytaniem czy znalazł się Raptuś.

Telefon Oli, który podała przy adresie Raptusia pozostawał ciągle głuchy.

Rano, tata zauważył, że Ola ma wysoką gorączkę. Była rozpalona i napuchnięta od płaczu.

– Olu nie pójdziesz dzisiaj do szkoły. Jesteś chora. Zadzwonię do babci. Ale dopóki babcia nie przyjedzie, to ja zostanę z tobą w domu – mówił Marek cichym i pełnym żalu głosem. Miał wyrzuty. Jak mógł tak postąpić?
– Tatusiu, pomożesz mi napisać i wydrukować afisze o zaginięciu Raptusia. Rozkleimy je później na osiedlu. Dobrze?
– Dobrze córeczko, dobrze, tylko musisz wyzdrowieć.

Raptuś tymczasem przeleżał w parku całą noc. Z chorą, bolącą łapką doczołgał się po ławkę i schował przed wiatrem i deszczem. Był głodny i wyczerpany. Lizał swoją chorą łapkę i smutnymi czarnymi oczkami wypatrywał swojej pani. Wiedział, że go tak nie zostawi. Wierzył, że zaraz ktoś po niego przyjdzie i zabierze go do cieplutkiego pokoiku, wykąpie, wysuszy, da smaczne jedzonko i mocno przytuli. Deszcz przestał padać. W parku pojawili się jacyś ludzie. Raptuś usłyszał głośne rozmowy. Ale to nie były znajome głosy.

– Patrz, Olek tu jest jakiś pies. Ojej, jaki brudny i mokry.
– Zobacz on chyba krwawi.
– Nie bój się piesku, my ci nic złego nie zrobimy.
– Daj ten worek na liście. Owiniemy go, aby się zagrzał.
– Co z nim zrobimy?
– Zawieziemy do schroniska. On potrzebuje pomocy. Nie ma obroży. Pewnie ktoś go wyrzucił.
– Ludzie bez serca – sam do siebie powiedział Olek.

Komentarze
Wczytywanie...